01-2015-PFL-de-MAN-Lot-final-800pxl

a do tego: mój tekścik krótki „Litera, typografia”:

Typografia to dziś snobizm projektantów, sztuka umarła. Może ostrożniej – coraz mniej potrzebna. Nie wiem o niej za wiele i cierpię z tego powodu: żałujemy niekiedy, że nie mamy jakiejś wiedzy tajemnej, niepotrzebnej nikomu; trudnej, skrytej. Dostępnej nielicznym i szlachetnej. Taka jest właśnie typografia. Pablo Neruda (którego Jorge Luis Borges nazwał ponoć wyjątkowo podłym człowiekiem i wyjątkowo dobrym poetą) napisał (1954) do niej odę. Tak: „do niej”, a nie dla. Osoba.

    Typografio,
    ja jestem tylko poetą,
    ty jesteś kwitnącą grą rozumu,
    jesteś ruchem króla szachowego myślenia…

    (przeł. Z. Szleyen)

Ale po co poezja? Weźmy opis z Wikipedii: toż to też poezja – z wiedzy:

    kaszta warszawska (168 króbek)
    kaszta poznańska (134 króbki)
    kaszta krakowska
    kaszta znormalizowana polska (128 króbek)
    kaszta frakturowa
    kaszta grecka
    kaszta rosyjska do składu tytułowego
    kaszta rosyjska znormalizowana
    kaszta pomocnicza do linii
    (…) komplet odmian i wielkości.

Typografia umiera: słowa, litery – a więc teksty
i KSIĄŻKI – uwolniły się, na naszych oczach;
i w nich. Uciekły ze sztywnych ram, z tych cudownych drewnianych (były i metalowe) kaszt właśnie, ze „składu gorącego”. Pięknego, bo poddanego regułom: sztywnym, spójnym i nieustępliwym. Jak ta rama, która stronę przygotowanej do druku książki, gazety – zamykała, aby uwolnić. To zdanie: czy to Goethe? Ograniczenia tworzą artystę. (Dziś dodajemy: sprawdzić w Sieci).

Tak. Coraz częściej czytamy rzeczy elektroniczne, z ekranu komputera, tabletu, czytnika e-booków. Wielu nazywa to „ucieczką z galaktyki Gutenberga”. Technologia wymusza zmiany, wymaga ich i zachęca do nich. Nawet słowa giną: zecer, metrampaż, sztylet zecerski „szpilorek”… Są jednak zyski: tak łatwo dziś „pobawić się” literami: mamy je wszystkie w galerii „fontów” (nie: czcionek!) pod ręką, gotowe. Lecz nadmiar tworzy chaos. Rodzaj dziwacznego silva rerum. Czy produkujemy mniej papieru, mniej słów, znaków, liter? Wręcz przeciwnie: niespotykanie, monstrualnie więcej. Ale jakich.

Jechałem wczoraj pociągiem. Bilet kupiłem w Sieci, ze strony www. „Wygenerowany” dokument „wgrałem” do czytnika e-booków, pan konduktor „wczytał” kod kreskowy, wszystko bez papieru. Czy bilet był brzydki czy ładny? Głupie pytanie.

Lokal, w którym była jedna z ostatnich drukarni ze składem ręcznym, jakie znałem – mała drukarenka w gmachu ASP w Warszawie, wielu ją znało – jest dziś galerią wybitnego sportowca i kolekcjonera. Dobrze? Źle? Inaczej. Ale zostaje żal. Oraz polaryzacja: jest tylko sztuka wyższa, w galeriach – i masowa tandeta. Kwitnie nobilitacja geniuszu, absurdalne ceny obrazów na aukcjach dla nielicznych („pan wie: lokata kapitału”) – oraz upadek rzemiosła. Tych pięknych – bo tak ludzkich – zawodów pośrednich, wymagających kunsztu – i czasu. Zanik umiejętności oraz wybuchy zautomatyzowanej, taniej produkcji. Nowoczesny salon to białe (ew. kolorowe, zależnie od mody) ściany, gigantyczny telewizor. Może gdzieś obraz, jeden. Nie ma półek z książkami („pani wie: kurz…”). Coraz mniej jest rzeźb, zegarów, mebli złożonych. Takie np. sekretarzyki: po co komu coś takiego, gdy mamy desktopy z funkcją undo, ze słownikiem i kalkulatorem…

Klasa średnia, szczególnie ta, nazywana niższą: oraz „arystokracja robotnicza”, a zecerzy byli nią niewątpliwie – jako gatunek z XIX wieku, uniformizowany – i ginący. Praca automatyczna w procesie odczłowieczenia człowieka – jak by napisał jakiś anty-Engels. I ja już coraz mniej wiem, co to kwadrat, cicero, spacja półfiretowa – po co? Wiedza nieużywana zanika. To proces: ale czy konieczny? Czy nieuchronny…
Tak, jeśli naszym celem jest szybko-dużo-tanio.

[mr m.]